Етикети

, , ,

Ja starzeję się w ten sposób

Bozidar Iwkow

Kiedy przeczytałem temat konkursu, przypomniała mi się myśl Montaigne`a: „starość… to potężna choroba, która rozwija się w sposób naturalny i niezauważony”. Boże – powiedziałem sobie – jakie zdrowe starzenie się kiedy masz chorobę Bechterewa, kiedy ból fizyczny „karmi się” twoim ciałem i nie przestaje próbować połknąć także twój duch?

Czytając temat po raz pierwszy, nie zdałem sobie sprawy z tego że umieściłem je tylko i wyłącznie w jego biologicznym kontekście. W nim ten temat jest bezsensowny. Pojęcia „zdrowe”, „starzenie się”, „choroba reumatyczna” – połączone w ten sposób – są wzajemnie wykluczające się. Są oddalone i pozbawione sensu poprzez przewagę i dominację cierpienia i bólu, poprzez skupienie całego świata człowieka tylko i wyłącznie na nich. Na zależności, na natrętnej roli pacjenta, totalnej medykalizacji… Nie widziałem głębokiego sensu tego tematu w jego psychologicznych i społecznych wymiarach. W owych ważniejszych, prawdziwych i sensownych wymiarach.

Jednak to nabrało sensu po przeczytaniu krótkiej historii o muzyku Itzhaka Perlmana. Ten geniusz, który chorował na paraliż dziecięcy, na jednym swoim koncercie, po męczącym wspinaniu się na podium, usiadł, zostawił kule, rozpiął taśmy które przytrzymywały jego osłabione nogi, wziął skrzypce i… zagrał. Zabrał ludzi do królestwa światła. Jednak tuż po pierwszych dźwiękach los postanowił coś innego – jedna ze strun skrzypiec się zerwała. Grać symfonię bez jednej struny? Niemożliwe. Być może, ale nie dla Perlmana. On grał dalej, zmieniając, komponując, dostosowując muzykę do swoich „postrzelonych” skrzypiec.

A na końcu? Co się stało na końcu? Ludzie zrozumieli, że zostali świadkami cudu. Tytaniczne wysiłki skrzypka pomogły ludziom pokonać także coś w sobie. Perlman uśmiechnął się i skromnie powiedział: „Wiecie co, czasami zadanie muzyka jest robić muzykę tym, co mu zostało.”

Tworzyć muzykę tym, co Ci zostało. Być człowiekiem mimo choroby, bólu i cierpienia i znaleźć w sobie siły by podać rękę człowiekowi obok, żeby on także mógł osiągnąć swoje małe zwycięstwa w życiu.

Nagle przypomniała mi się jeszcze jedna historia. Na olimpiadze w Seattle na starcie sprintu na dystansie 100 metrów stanąło dziewięciu uczestników – młodzi niepełnosprawni umysłowo i fizycznie ludzie. Ogłoszono sygnał startowy i… bieg się zaczął. Po około 30 metrach biegania jeden z chłopaków potknął się, zrobił kilka kroków i upadł. Zaczął płakać. Pozostali sportowcy usłyszeli jego płacz, odwrócili się by zobaczyć co się stało i przestali biec. Jedna dziewczyna z syndromem Downa usiadła obok niego, objęła go i spytała: „Czy teraz czujesz się lepiej?”. Następnie wszyscy – dziewięciu – ramię w ramię doszli do finałowej mety. Widownia uczciła to długą owacją.

Zdałem sobie sprawę, że nigdy w swoim życiu póki walczyłem z bólem i z powoli, ale nieustannie następującymi funkcjonalnymi deficytami, spowodowanymi przez chorobę Bechterewa, nie mogłem ani biegać ani grać. Miałem tylko słowa. Ale zawsze obok, w chwilach kiedy choroba mnie potykała i upadałem, albo kiedy zrywała się struna w mojej duszy, miałem rękę przyjacielską – rękę nieustannego pragnienia wiedzieć. Ręka wiedzy. Zawsze miałem dobre słowo. Arystoteles, Montaigne, Pascal, Neitzsche, Weber, Durkheim lub Hadzijski. Balzac, Dostojewski, Dickens, Wazow oraz wielu innych było przy mnie i oferowało mi swoje objęcia lub nowe skrzypce. A ja zawsze się podnosiłem i dalej „grałem” małą i chaotyczną symfonię swojego życia.

Po latach walki z medycyną i jej nieustannymi próbami by „pokroić” mnie na organy, systemy i tym podobne, zacząłem trochę zwalniać i próbować pomóc temu obok, „obcemu”, „innemu” żeby wstał i dalej „grał” na skrzypcach swojego życia. To że ja pozostaję nie ma znaczenia.

Mam tylko słowa. Słowa, o których Sartre mówi, że są naładowaną bronią. Przetapiam je i robię z nich malutkie, głupkowate, nieokrzesane obrazki nadziei, oporu, rzeźby wiedzy i próbuję podzielić się tym z moimi przyjaciółmi – w ten sposób starzeję się zdrowo z chorobą Bechterewa. Wszystko pozostałe – medycyna, choroba, walka z bólem i cierpieniem są już jakby drugorzędne. Starzeć się zdrowo z chorobą reumatyczną to stan ducha, a nie ciała. W starości, chorobie i śmierci nie ma nic pięknego, nic honorowego. Piękno i honor są w wyborach, których dokonujemy. I ja nie mogę i nie chcę pozwolić chorobie i czasowi mnie pokonać i sprawić bym stał się niewidzialnym.

tłumaczenia z języka bułgarskiego na język polski – Petya N. Aratchieva

Бележка: Това есе беше написано за конкурса „Едгар Стейн“ – 2013, ежегодно обявяван от ЕУЛАР. Скоро есето ще бъде публикувано и на английски език. Българският вариант на есето може да се намери в електронното списание „Бехтеревски търсения“, бр. 1 (2) / 2013 на сайта на Българско сдружение на болните от болестта на Бехтерев.